niedziela, 9 grudnia 2012

Swędzik jesienny...


Około czterech tygodni temu byliśmy u znajomych nauczyć sie przygotowywać Tażin. Danie marokańskie przygotowywane w specjalnym naczyniu glinianym. Mamy takie naczynie, ale nie wiedzieliśmy jak do niego podejść i podczas wizyty na herbatce u znajomego temat ujrzał światło kominka i umówiliśmy się, że spotkamy się, by taki posiłek wspólnie przygotować i zjeść, co odbyło się weekend po owej herbatce.
Przygotowaliśmy warzywa, naczynie, kominek już płonął, by zaopatrzyć nas w żar potrzebny do ogrzania naczynia. Wspaniała przygoda, pyszne jedzenie. Była to wersja wegetariańska, pełna aromatów i smaków, gdyż czas oczekiwania na taki posiłek wynosi około godziny, bądź godziny i pół, podczas której to zaczyna dochodzić do nosa wspaniały aromat, a głowa nakazuje uzbroić się w cierpliwość, mimo iż kiszki marsza grają. Zaczęliśmy więc prażyć na żarze orzechy laskowe w skorupkach. Ojojoj! Cóż za rarytas, polecam gorąco!








Po wspaniałym posiłku, deserze - tarta kiwi-jabłkowa i herbacie zielonej z miętą, a la marokańska, bądź algierska, udaliśmy się późnym popołudniem na spacer. Szybkie tempo, godzina i kwadrans, dałam radę, ale na koniec siedliśmy sobie w trawie już o zmierzchu, aby chwilę odsapnąć, po czym wróciliśmy do znajomych po rzeczy i zaraz potem do nas do domu.

Robił się wieczór, nie pamiętam, czy znów coś dziergałam, czy poszłam prosto do łóżka czytać. Następnego dnia chodziliśmy w tych samych ubraniach, a wieczorem okazało się, że całe nasze dolne kończyny pełne są piekielnie swędzących ugryzień czy ukąszeń. Kiedyś już miałam podobnie przykre doświadczenie, po wizycie na podwieczorku u znajomych w lesie i zabawie z kotem. Pewna byłam, że to pchły od kociaka (w Argentynie znajomy miał alergię na ugryzienia pcheł). Wtedy było to około 60 śladów na brzuchu, pod pachami i na piersiach w fazie ciążowego wzrostu – było to coś strasznego!!! Mati wówczas przybierał stoicką postawę i mówił: „Nie drap się, to będzie Cię mniej swędziało, Kochana. Oddychaj głęboko.” Tym razem łydki Matiego miały około 70 krwawych strupów, a po stoicyzmie nie było ani śladu.
Zaczęliśmy pytać znajomych i przez przypadek dowiedziałam się, że to mały pajączek żyjący w wysokich trawach, tak mały, że nie widać go ludzkim okiem o wspaniale oddającej cierpienie po ukąszeniach polskiej nazwie: swędzik jesienny. Tu nazwa pochodzi od miesiąca sierpnia (août), kiedy to potwornik ten się wykluwa z larw i zaczyna aktywne życie. Nazywa się l'aoutat.
Swędzenie powoduje ślina tegoż maleńkiego pajączka. Dużo dokładnych informacji nie udało nam się zdobyć, poza tym jak się pozbyć z otoczenia (nie zapuszczać trawnika, a wybierając się na spacer w chaszcze zakładać grube spodnie, skarpety i wysokie buty. Po powrocie wszystko (poza butami) wyprać na 60 stopni, bądź zamrozić. Przemyć skórę octem i wykąpać się w gorącej wodzie. My już byliśmy bardzo podrażnieni. Na basenie wyglądałam jak negatyw biedronki zakładając, że jej kropki byłyby białe. Smarowaliśmy się olejkiem z dodatkiem lawendowego olejku eterycznego. Octem i staraliśmy opanować nocne ataki drapania, kiedy ciało wypoczywało w ciepełku nachodziły najtrudniejsze do opanowania fale swędzenia.

Wspaniałą niedzielę oddrapaliśmy przez następne 10 dni:)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza