Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Argentyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Argentyna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 kwietnia 2011

Pakowanie domu, pożegnania, etc.

Bardzo szybko zbliża się data wyjazdu, a wraz z nią zamiast ubywać rośnie liczba rzeczy, które chcemy zrobić. Przede wszystkim kolejne wyzwanie - wyjazd bez sporów, czyli kompromis między stresem Matiego i chęcią spakowania wszystkiego w jeden dzień i czekania na dzień wyjazdu na walizkach i moim zostawianiem wszystkiego na ostatnią chwilę. Więc robimy listy, dzielimy się obowiązkami, etc. I jest dużo lepiej.

Moje kumpelki warsztatów dziewiarskich.
Szyjemy lalki i robimy na drutach.
Równolegle robię na drutach skarpety wełniane, obmyślam ponczo, bo mam od 5 miesięcy wełnę, o której trudno było myśleć w 35stopniowych upałach. Mati korzysta z gitary na zapas, w związku z czym powstała pierwsza piosenka po hiszpańsku. Gromadzimy kontakty w Boliwii i Peru. Nie wiadomo jednak kiedy dokłądnie wyjedziemy i gdzie zatrzymamy się po drodze w Argentynie. Prawdopodobnie starczy nam czasu tylko na 1 postój i pewnie padnie na Jujuy. A w głowie siedzę już na plaży nad Pacyfikiem w Peru :D
Kotek czarny przeprowadza się do Lucii, a mama kotka w ręce właścicielki i być może do Buenos Aires, gdzie jest na szczęście ogródek.
Azilis puszcza Izie bańki mydlane.

Przyjechała do nas w odwiedziny Azilis, którą poznaliśmy w Capao. Francuzka, która też zmierza do Boliwii. Bardzo miła wizyta. Dużo wspólnych przemyśleń i refleksji.

Cande, Mati, który tylko wygląda jak zwariowany wilkołak i Isa.
Wczoraj były na podwieczorku Ana i Toti, bo w środę wyjeżdżają na półtora miesiąca do Brazylii, więc biliśmy rekordy uścisków.

środa, 23 marca 2011

Vipassana

W poniedziałek skończyliśmy kurs Vipassana. Mój pierwszy kurs tej techniki medytacji. Idąc wiedziałam jedynie, że trwa 10 dni, polega na obserwacji oddechu i ciała i że obowiązuje ścisła dyscyplina, podział płci, cisza i ostatni posiłek w formie podwieczorka o 17. A oto jakie są moje odczucia po kursie.

Technika jest prosta, a jej prostota wymaga ogrom pracy. Jak powiedział Osho: „Mógłbyś rąbać drwa cały dzień i czułbyś się mniej zmęczony” I przyznam, że ma rację. Choć umierałam na ból pleców podczas medytacji, zwłaszcza pod koniec kursu, wychodząc z sali czułam się jak nowo narodzona. Ale czasu poza salą mieliśmy zaledwie tyle ile na posiłki, 1,5h na śniadanie; 2h na obiad i 1h na podwieczorek. Również w tym czasie jedynie mogliśmy patrzeć w niebo, brać prysznic, bądź prać, bo nic poza tym nie jest dozwolone.
Nie można czytać, pisać, rysować, robić zdjęć, żyje się bez radia, telefonu, muzyki. Obowiązuje szlachetne milczenie, co oznacza, że poza ciszą nie należy nawiązywać kontaktu wzrokowego, czy próbować innych form porozumienia, niż werbalne. Obowiązują skromne stroje, podział płci obowiązuje w pełni, jedynie sala medytacyjna jest miejscem, gdzie spotykają się wszyscy, ale również podzieleni, mężczyźni po jednej, kobiety po drugiej stronie. Rozmawiać można z opiekunką grupy żeńskiej, bądź profesorem asystentem, zapisując się rano na 5 minutowe spotkanie po obiedzie.

Plan dnia jest dość napięty:
4:00 Gong
4:30 – 6:30 Medytacja na sali lub w pokoju
6:30 Śniadanie
8:00 – 9:00 Medytacja w grupie na sali
9:00 – 11:00 Medytacja na sali lub w pokoju zgodnie z instrukcjami profesora
11:00 Obiad
13:00 – 14:30 Medytacja na sali lub w pokoju
14:30 – 15:30 Medytacja w grupie na sali
15:30 – 17:00 Medytacja na sali lub w pokoju zgodnie z instrukcjami profesora
17:00 Podwieczorek
18:00 – 19:00 Medytacja w grupie na sali
19:00 – 20:30 Wykład (nagranie tłumaczenia Profesora Goenki)
20:30 – 21:00 Medytacja
21:00 – 21:30 Pytania na sali
22:00 Gaszenie świateł, cisza nocna

Jak dla mnie to 10 dni oczyszczania. Psychicznego i fizycznego.
Fizycznie czułam się porządnie przefiltrowana. Jadłam dużo mniej, skorzystałam również i przestałam spożywać nabiał i dzięki temu oczyściły mi się zatoki. Poza tym piłam wciąż wodę i herbatki ziołowe, choćby dlatego, że była to jedna z rzeczy, które mogłam robić. Tak więc nerki również przefiltrowałam (choć ostatnie wyniki badań miałam w pełni poprawne). Zaczęły ze mnie wychodzić toksyny w postaci wyprysków na twarzy, cera też jakby zrobiła się tłustsza, zawsze miałam suchą – super suchą, więc łatwo odnotowałam różnicę. Dezodorant przestał działać, pogarszał tylko stan, a pociłam się silnie zapachowo, za co później przepraszałam dziewczyny, a one odpowiedziały, że miały ten sam problem. Wygląda na to, że każda czuła tylko swój zapach. Włosy wypadają mi na potęgę, a podczas jednego prysznica zaczęła ze mnie schodzić skóra. Z całego ciała. Również oczyściły mi się pięty i paznokcie, dawno nie miałam 10 dni, kiedy codziennie ktoś dla mnie gotował, a chodziłam jedynie po trawce. Poza tym w trakcie kursu miałam 3 jęczmienie, które pojawiają się tylko, gdy schodzi ze mnie stres. No i zaczęłam ponownie menstruować, pierwszy raz po ciąży. Co było symbolicznym zamknięciem pewnego okresu i rozpoczęciem nowego. Praktycznie też czuję, że jestem nowym zestawieniem hormonów.
Psychicznie oczyszcza się umysł ze starych i aktualnych śmieci (naszych wyobrażeń o ludziach i o rzeczach nas otaczających) i uczy patrzenia na świat takim jakim on jest, a nie takim jak CHCEMY lub nasze ego chce go widzieć.
Medytacja przez 3 dni polega na 11h dziennie siedzenia na sali medytacyjnej, między innymi, w większości takimi laikami jak ja, w ciszy, słuchając instrukcji, czasem śpiewów Profesora z Indii - Goenki i obserwacji własnego oddechu w obszarze nosa i nad górna wargą i jest to tak trudne, że umysł ucieka w każdą możliwą stronę, byle zyskać więcej przestrzeni niż ta maleńka strefa okołonosowa. Wychodzi ile bezsensownej pracy wykonują nasze mozgi!! Masz tyle obrazów w głowie, ze w ogóle nie możesz nic poczuć na tym kawałeczku ciała! I za każdym razem musisz się łapac, ze odlatujesz w wyobraźnię i wracać na ten maleńki obszar. Szlag Cię trafia, ze znów się rozkojarzasz, a własnie chodzi o naukę panowania nad własnymi automatycznymi reakcjami, takimi zwłaszcza jak złość! więc się złościsz, że Cię wkurzyło i tak w kółko, wieczorem masz dość, boli Cię głowa już 1 dnia, idziesz na wieczorny wykład (video lub z taśmy nagranie Goenki) i wydaje Ci się, ze tracisz zmysły i że nic Ci nie wychodzi i profesor mówi dokładnie wszystko co czujesz i że właśnie tak to przebiega i że taki jest proces i ze wszystko idzie jak najbardziej pomyślnie.
Kolejne 7 dni obserwujesz całe ciało od czubka głowy do stóp. Kawałek po kawałku i czujesz czy coś Cię swędzi, boli, kłuje, zapachy, odgłosy, jak działają na Twój odbiór i masz zachować przy każdej sensacji kompletną obojętność, choćbyś źle usiadł (dozwolona jest każda pozycja, byle było Ci wygodnie) i choćby zdrętwiały Ci nogi (3xpo 1h każdego dnia nie możesz się ruszyć, dokładniej, nie możesz ruszyć nóg, rąk ani otwierać oczu, pozostały czas można trochę się przemieszczać. Nie ruszanie się jednak ma na celu lepszą koncentrację umysłu i naukę nie reagowania na wszystko co przychodzi z zewnątrz.

Matiego widziałam pierwszy raz po dziesięciu dniach, tak że mogliśmy rozmawiać, ale nadal nie można było mieć żadnego kontaktu fizycznego, czyli żadnego uścisku, ani buziaka na dzień dobry. Przez 10 dni widziałam jego plecy, bo siedział po stronie mężczyzn i z przodu, gdy się mijaliśmy, spuszczaliśmy wzrok, ale nie było też wiele takich sytuacji. Przedostatniego dnia gdy o 4:25 weszłam na salę, był tam tylko Mati i jedna kobieta, więc staliśmy chwilę sparaliżowani tym spotkaniem spojrzenia w ciemności.

Vipassana nie ma związku z żadną religią. Traktuje o uniwersalnym prawie natury. Wieczorne wykłady profesora są świetne, Można się śmiać do rozpuku często z własnej ułomności. Kuruje i leczy. Uczy tolerancji, akceptacji i bezinteresownej miłości – dawania bez oczekiwania czegoś w zamian. Przez te dziesięć dni ma się czas dla siebie, na stawienie czoła samemu sobie, co jest momentami bardzo trudne, ale wychodzi się jak z myjni!! Mentalnie i fizycznie. Wszystko jest doskonale przemyślane. Każdorazowo kiedy pojawiała się jakaś wątpliwość co do techniki lub moich na nią reakcji, rozwiewał ją wieczorny wykład najczęściej lub krótkie instrukcje na początku medytacji.

Kursy są darmowe, ludzie którzy się opiekują kursantami są wolontariuszami i robią to z miłością, co się czuje, traktują Cię jak rodzina, a widzi się ich pierwszy raz w życiu, na koniec można darować dowolną kwotę na rzecz przyszłych kursów.
Na naszym kursie byli ludzie z miast, typu Buenos Aires, Cordoba żyjący jak ja kiedyś, w zawrotnym tempie. Tuż po zakończeniu kursu już mają ochotę pomagać przy organizacji przyszłych kursów i budowie ośrodka w Buenos Aires.

Obojgu nam zrobiło to bardzo dobrze i wspaniale, że zrobiliśmy kurs jednocześnie. Znów mam chęć do życia, dystans i wiarę.

czwartek, 20 stycznia 2011

Zdjęcia.

Na picasie nie publikowane dotąd zdjęcia. Aby je obejrzeć wystarczy kliknąć na blogu po prawej stronie katalog zdjęciowy Argentyna.
Postaram się dodawać po trochu, to dopiero część zdjęć z komórki. Postaram się, jeśli nie urodzę oczywiście np. dziś w nocy... to naprawdę zabawne.

środa, 19 stycznia 2011

Ciśnienie spada.

Po około 10 dniach upałów dzisiejszego ranka gęste deszczowe chmury (co wcale nie oznacza, że będzie padało) nie przepuszczały ani jednego promienia słońca. Stąd chyba nasze wczorajsze samopoczucie - zmęczenie, i brak energii do oddychania choćby. Całą noc wydawało mi się, że za lada moment rozpocznie się poród, a to znów zmyłka atmosferyczna.


Moje stopy mimo wizyt w basenie znajomych osiągnęły wygląd baloników, zwłaszcza lewa.Jest do dość komiczny widok i dość nieprzyjemna dolegliwość. Piję wodę litrami, nie jem soli, moczę nogi w zimnej wodzie z solą, kładę się na plecach z nogami 90 stopni do tułowia... Dwa baloniki. Dziś bez zrównującego z ziemią upału ciut lepiej.
Wczoraj próbowałam zmniejszyć opuchliznę intensywniejszą jogą, dzięki czemu tym trudniej było mi podnieść się z łóżka. Bolą mnie całe plecy, panewki....
Wizytę na basenie odbyliśmy w poniedziałek, Matiego wolny dzień od pracy. Woda jest wspaniała, wspaniała, wspaniała.



Zmieniamy kuchenkę gazową i od wczoraj w użytku kuchnia ekonomiczna na tarasie. I tak cała uwęglona duszę jabłka, zarabiam masę na tarty (sprzedajemy je w barze, gdzie pracuje Mati, mają nawet swoich stałych klientów!), muszę skończyć warsztat szwaczki, bo właściciele potrzebują maszynę, czyli koła zębatki cały czas, choć z każdym dniem coraz wolniej nadal się obracają. Im więcej robię tym mniej zmęczona się czuję. Najgorsze są te dni kiedy przez cały dzień nie mogę się zmobilizować do niczego poza spaniem i pasjansem pająkiem.
Dziś, po przespanej, acz ciężkiej nocy, aktywny, pozytywny dzień.
Znów wychodzi słońce...

piątek, 14 stycznia 2011

Upalne dogorywanie.


Przeżyłam dwa dni upałów bez deszczu. Dziś rano aż mi się wstać zachciało jak zobaczyłam chmury! Ale jako, że sypia mi się dobrze, nawet na plecach! to po zjedzeniu o 7 dwóch jabłek zasnęłam ponownie i do 10 w pochmurnym 30 stopniowym chłodzie wypoczywałam.
Wstałam mniej spuchnięta, popołudniu znajoma, właścicielka kotki, którą mamy na przechowaniu przyszła i zrobiła mi lekcje ćwiczeń (wcześniej w każdy czwartek prowadziła zajęcia - ćwiczenia dla ciężarnych) z masażami, itp. Mimo braku sjesty byłam wypoczęta i poszłam na, kto wie, może ostatnie, piątkowe spotkanie brzuchów. Uj ile waży ten brzuch! I chodzić szybko nie mogę, bo mam skurcze i ból w podbrzuszu - biedna rozciągnięta do granic możliwości macica...
Ja ważę 70,5kg!! Mati 68:)
W domu wszystko przygotowane, pieluchy uszyte, wyprane, ubranka czyste w szafie, prześcieradła, pledziki i inne dziecięce smakołyki gotowe. Rzeczy do porodu również nabyte. Więc czytam sobie, szyję ręczniki, poszewki na poduszki, pościel, etc. Piekę tarty do pijalni soków Wayny - idzie bardzo sprawnie.

W tematach domowych dziś poza ćwiczeniami: Kota upolowała świnkę morską:


Zjadła.

poniedziałek, 8 listopada 2010

Zagubiony tekst poprzedniego posta

Od prawie 2 tygodni mieszkamy gaju oliwnym. 30 lat temu Wayna (mama Lirio - kolegi Matiego) kupiła tę ziemię, na której wcześniej Włoch naturalista wybudował dom z wychodkiem (który działa do dziś nie wydzielając żadnego zapachu!) i zasadził drzewa oliwne. Posesję Wayny otaczają 3 wzgórza, tworząc przytulny i dyskretny zaułek.
Dni mijają spokojnie, choć bardzo szybko zarazem. Wayna porzadkuje dom, szuka zgubionych dokumentów i szydełkuje, Mati ciałem i duchem zaangażował się w prace ogrodnicze, a ja robię na drutach (w trzydziestoparostopniowych upałach), czytam i piorę. Gotujemy na zmianę wyśmienite jedzenie, jemy wspólnie i dużo rozmawiamy. Wayna opowiada niebywałe historie z minionych lat, pyta, poprawia nasz hiszpański, chwaląc go zarazem. Istna sielanka, nastrój rodem z "Ukrytych pragnień".
Brzuch poczuł atmosferę i pozwolił sobie na kolejne zwiększenie objętości. Służba zdrowia jest na miejscu, gratis. Szpital 20 km dalej. W San Marcos jest również apteka, gdzie można dostać każdą homeopatię; tani internet; 3 biblioteki, cukiernia z pysznymi wyrobami zwanymi w Argentynie "facturas"; sklepy z produktami naturalnymi i przepięknym, funkcjonalnym rękodziełem. Są również co 45 dni organizowane zakupy zbiorowe, gdzie można nabyć produkty zbożowe, przyprawy, orzechy, suszone owoce dobrej jakości i w dobrej cenie.
Miło nas przywitało San Marcos.

środa, 20 października 2010

Aktualnie

jesteśmy w Puerto Iguazu. Argentyńskiej części rejonu wodospadów Iguazu. 2 noce spędziliśmy w hostelu Stone Garden i dziś przenosimy się na ostatnią noc na kamping. Kamping ten to w zasadzie ogródek hipisa emeryta, który za grosze pozwala rozbijać namioty w swoim pięknym, dużym ogrodzie pełnym drzew, roślin i ptaków. Jest jeden kontener i stary van Volkswagena, gdzie są łóżka, bo ja potrzebuję miękkości pod biodrami. Goście kampingu to głównie producenci rękodzieła i pasjonaci żąglerki. Czyli najświeższe pokolenie "hipisów".
Jutro prawdopodobnie bus do San Ignacio. Miasto z ruinami, niedaleko Posadas (przy granicy z Paragwajem) i niedaleko Obera, miast o największej liczbie emigrantów z Polski.
Z Posadas może pociągiem, który jedzie do Buenos Aires, wysiadając na wysokości Santa Fe, ale dużo bardziej na wschód i stamtąd busem do Cordoby Capital, czyli stolicy prowincji Cordoba. Jeden nocleg i następnego dnia do San Marcos Sierras. Podróże na tym etapie są w porządku, jeżeli jesteśmy wypoczęci, podróżujemy w dzień i nie więcej niż 10h. Także dopasowujemy za każdym razem pokonywane odległości do naszych możliwości.

sobota, 2 października 2010

Spacer nr 2


Pierwszy byl dwa dni temu plażą. Koncowka dosc drastyczna, bo plaza mimo zlocistego pylu miala naloty zielone i zapach ryb, alg i tego wszystkiego w wysokiej temperaturze utrwalonego lekko mnie przerosl. Wrocilismy ten kawalek wydmami, czyt: kretymi uliczkami pelnymi willi i zamknietych osiedli zwanych tu condominios.
Dzis sama zwiedzam czesc infrastruktury, szukam nazw ulic, sklepow, piekarni... Siedze własnie w jednej na kawie, przeczekujac poludniowa przerwe na obiad (12-13, czasem do 14). Piekarniocukiernia oferuje nawet bułki żytnie w cenie 5,50zł za sztukę. Luksus.
Carlos pisze, że Buzios jest pełne Argentyńczyków, mieszkających i wakacjujących. Potwierdzał ten fakt, do czasu wizyty w piekarni, wynajem domu Bruny przed naszym przyjazdem Argentyńczykowi. Znajdując wyroby mleczne w lodówce piekarni jednej z wiekszych firm argentyńskich nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Krok po
kroku, choć jak tym razem dość nieświadomie, zbliżamy się do celu. San Marcos Sierras oddalone jest od miasta Cordoby o 150km.
Korzystając z internetu nadrabiamy zaległości w gromadzeniu informacji. Oglądaniu Waszych zdjęć, dzwonieniu ze skypa, etc. Ostatni trymestr ciąży z internetem pod ręką na pewno utrzymałby wysoki poziom energii, ale zobaczymy co zastaniemy na miejscu :)
Mnie motywuje i dodaje energii choćby obecność stabilnego stołu, co
w docelowym domu, na te przynajmniej pół roku po porodzie, będzie
priorytetem.
Poród... to będzie przeżycie. Mimo przemykających czasem przez moją wyobraźnię obaw towarzyszy mi silna wiara, że dam radę. Na razie, po obejrzeniu wczoraj filmu "Orgasmic birth", który polecam, przeraża mnie wielkość brzucha w 9 miesiącu. Ja już czasem czuję się jak mało zwrotna ciężarówka i ciąży mi ten arbuz, skóra się naciąga, a to dopiero początek...
Tęsknię za literaturą po polsku. Za nowelistyką, rozdzialik przed snem, podróż oczami wyobraźni. Jakby ktoś czytał ostatnio coś lekkiego i godnego polecenia to serdecznie proszę z paczką herbatki urosan lub lipa herbapolu w zestawie. Mamy adres mamy znajomego Matiego, można pisać listy, pocztówki i nadawać przesyłki. Aktualne Zwierciadło jak się zmieści w przedziale wagowym lub Rewia rozrywki to już w ogóle padnę ze szczęścia!

ADRES:
Wayna Kurchan (Agata)
C/El rincon S/N
San Marcos Sierras
5282 Córdoba
Argentina

Wybiła 13, podnoszę moje zgrabne 4 litery i rosnących 6 i idę po produkty spożywcze.
Przepisy bezmięsne i bezlaktozowe mile widziane, bo jakoś kończy mi się inspiracja, a potrzebuję ciągłej odmiany.
Calusy Buziosy i pozdrowienia.

środa, 25 sierpnia 2010

Travel - welcome to.

Wszystko wskazuje na to, że wybierzemy się w podróż na południe. Gromadzimy informacje, rozmawiamy. Poza tym czeka wstępne omówienie trasy, przystanek na USG za 4 tygodnie, najchętniej Belo Horizonte, gdzie możemy zatrzymać się u mojego znajomego. Mamy też osobę chętną na przejęcie domu. Sama przyszła!
Krok po kroku pomysł nabiera realnych kształtów. Największym wyzwaniem będzie teraz spakowanie się. Odile! Dlaczego Cię nie posłuchaliśmy i nie wzięliśmy wózka na kółkach do przewożenia ciężkich rzeczy. Teraz byłby jak znalazł, szukamy substytutu, bo teraz 20kg sobie na plecy nie zarzucę z taką łatwością, jak to robiłam w pierwszym miesiącu ciąży:) Może część wyślemy paczką, są różne możliwości i chyba do końca sami nie jesteśmy świadomi ile mamy rzeczy, ale na pewno jesteśmy na plusie względem stanu po przyjeździe. Ja obrosłam w książki, Mati w ubrania.
Moim wewnętrznym rozmyśleniom na temat ruszenia się stąd towarzyszą setki pytań, takich jak:
1.jak poznać, że to jest właśnie to miejsce?
2.czy TO MIEJSCE musi być najlepsze i trzeba najpierw zwiedzić cały świat, by je znaleźć?
3.Czy gdy dojedziemy do Argentyny, nie zaczniemy żałować, że nie zostaliśmy tu...zawsze można wrócić, więc czy jest sens jechać i kółko się zamyka..
4.Może jadąc z celem dojechania do Argentyny, zatrzymamy się po drodze, gdzieś na południu Brazylii?
5.Czy teraz właśnie jest moment na znalezienia ziemi do zakupu?
6.Dlaczego Europa jest taka droga?
7.Czy mając poczucie, że znaleźliśmy własne miejsce na ziemi, czy nie zacznie nas nosić jeszcze bardziej??
8.Co w tym złego?
9.Skoro w Argentynie zimy są „sroższe” niż tu, to może na 3 miesiące w roku wyjeżdżać do Europy?
10.Czy ceny biletów do Buenos naprawdę są dużo droższe niż do Salwadoru z Europy? Nigdy nie zrobiliśmy podobnych, szczegółowych poszukiwań.
11.W Argentynie mamy stolicę prowincji Cordobę na godzinę drogi od miejsca, gdzie myślimy się zatrzymać (okolice Capilla del Monte czy San Marco Sierras), a Cordoba i Buenos dzieli podobny dystans jak Vale do Capão i Salwador. Czy komunikacja i kontakt ze światem nie wydaje się prostsza? Tam nie tylko internet jest łatwej dostępny, ale i powszechne są tak zwane locutoria, gdzie można dzwonić za granicę duuużo taniej niż z budki telefonicznej, choć mając internet... Czy te wszystkie dogodności i ułatwienia faktycznie przyniosą szczęście, czy zaczniemy marudzić, że teraz mamy kontakt z rodziną i znajomymi, a za grosz kontaktu z ludźmi? Obawa przed nieznanym? Czy trzeźwe rozpatrywanie za i przeciw.. Z innej strony ogromna tęsknota za tym krajem i przesadnie nostalgicznymi i przesadnie dramatyzującymi jego mieszkańcami. Ciekawość odnalezienia się w miejscu, gdzie rozumiemy język.
I tak mieli moja głowa różne tematy, od najbardziej banalnych po najbardziej skomplikowane. Jednym z głównych pytań jest: jak ma się sprawa wizyt prenatalnych na miejscu, spotkań kobiet ciężarnych, które choć nie są konieczne są bardzo miłe, czy są tam akuszerki? Czy porody w domu są równie normalne jak i tu?
Z drugiej strony słyszymy, że są osoby podróżujące między tam i tu, więc chyba coś łączy te miejsca, a życie w zgodzie z naturą zrzesza podobnych ludzi, podobne idee i wygląda na to, że nie ma powodu do obaw, jedynie kwestia czasu, jak widać na przykładzie Capão – 2, 3 miesiące, na aklimatyzację, teraz znamy ludzi z widzenia, wiemy kto z kim, kiedy i jak, komu można coś zostawić dla innej osoby i że jak nie mamy drobnych, albo pieniędzy przy sobie, to i tak nam dadzą co potrzebujemy, bo wiedzą, że tu mieszkamy. Z dnia na dzień bardziej domowo, zwłaszcza miłe, gdy dotyczy relacji z osobami lokalnymi – tzw. nativami.
A równolegle wzrasta poczucie świadomość noszonej wewnątrz rosnącej istoty, co daje ogromną przyjemność i spokój. Jeszcze nie czuję ruchów, ale ogromnie cieszy mnie nasze współistnienie i współpraca. Teraz zaczął się najprzyjemniejszy okres ciąży – w niepamięć odchodzą słabości, mdłości i niepewności, a budzi się siła i kreatywność, co budzi więcej energii, radości i spokoju. Gdy coś mnie smuci, nie mam siły tego w sobie tłumić i mogę wypłakać natychmiast rzekę łez, ale to też ma swoje plusy i zalety, bo nie zalega potem żadna drzazga.
Partnerstwo z Matim przechodzi rozkwit. Nie znaczy to, że wszystko jest różowe i landrynkowe, tygodnie pełne są sporów i dyskusji, ale nad wyraz konstruktywnie wpływających na nasze relacje. Czerpiemy ogromną naukę i z życia we dwoje, i z ciąży, i z podróży. Jesteśmy szczęśliwi ze sobą i to jest najważniejsze, bo tam gdzie jesteśmy, jesteśmy w domu.