środa, 22 czerwca 2011

Szlak Incow - El Choro

Trzydniowy treking okazal sie strzalem w dziesiatke. Pierwszego dnia wyrusza sie z miejscowosci Cumbre polozonej na wysokosci 4670m n.p.m. po czym nalezy sie spiac na 4900. Krajobraz wulkaniczny, skaly i mnostwo kamykow. Zero roslin. Caly ten dzien przemaszerowalismy z 67 letnia cholita (kobieta o czystej krwi Indian, w tradycyjnym stroju - spodnica kolorowa z falbanami, sweterek, fartuch i na plecach 25kg pakunek w lokalnej chuscie - kolorowej i wzorzystej. Juliana niosla tobol, na nim worek z dmuchana kukurydza, a w reku kota w worku. Kot mial polowac na myszy, ktore zjadaja jej zapasy zywnosci. Kotu zrobilismy smycz i nieslismy na zmiane z przerwami, gdy sam mial ocgote pospacerowac. Kotek byl mlody, nazywal sie Mimo, co mozna przetlumaczyc jako pieszczoch - trafne imie. Mati przejal wor kkurydzy. Spalismy w namiocie na podworku Juliany, ktora mieszka w miejscowosci Chucura, w domku z kamienia, krytego strzecha z mnostwem dziur w scianach, ktore wentyluja dym z kuchni na opal zaaranzowanej z kilku kamieni, czy cegiel w jednym narozniku.Drugi dzien schodzimy ponad 1500m z plecakami. Po calym pierwszym dniu z 4900 na 3600, padam. Jestem tak zmeczona, ze trudno mi utrzymac rownowage. Trasa piekna. Szum wody w dole - trasa wiedzie zboczem gory, obniza sie tylko by przejsc na druga strone rzeki i znow wznosi. Po zejsciu ponizej 3000m n.p.m. szal wegetacji, spiew ptakow. Po pustce na wysokosciach dzwieki i zapachy upajaja swa glebia. Duzo cieplej, mam nadzieje, ze i noc bedzie cieplejsza od poprzedniej. Moj spiwor podobnie jak i ja nie jest przystosowany do temperatur minusowych...
Trzeci dzien - dluuuugi, plecak wydaje sie wazyc 3x wiecej, a ja mierzyc 3x mniej. Na szczescie drugiego i trzeciego dnia napotykamy po drodze miesca stworzone do kapìeli. Bez zastanowienia zrzucamy ubrania i myjemy sie w lodowatej gorkiej wodzie.
Docieramy mimo bolu nog, plecow i barkow do ostatniej miejscowosci na szlaku - Chairo, skad taksowka (nie bylo juz minibusow) udajemy sie za abstrakcyjnie wysoka cene do najblizszej wioski, skad udaje nam sie zlapac stopa do Coroico, gdzie czeka na nas znajomy Szwajcar - Giani. Giani mieszka w Coroico 10 lat, ma zone Boliwianke i 3 dzieci. Prowadza hostal, restauracje wegetarianska i lodzirnie, Giani jest z wyksztalcenia cukiernikiem. Cala rodzina juz spi, a Giani czeka na nas z pyszna zupa warzywna, doszedl do wniosku, ze juz pewnie nie mozemy patrzec na chleb i krakersy po 3 dniach i ze marzymy o cieplym jedzeniu. Wspanialy pomysl.
Odpoczelismy w ich pieknym domu, najedlismy sie pysznosci z restauracji, lodow i ciastek, pomedytowalismy wspolnie i w sobote wrocilismy do La Paz, gdzie o 22 rozpoczelismy druga ceremonie Ayahuaski.
Ponizej fotoreportaz Matiego wykonany naszym nowym Nikonem:

Tablica informacyjna na poczatku szlaku
Mati z kotem w worku.
Stado lam i dwoje pasterzy.
Kot na wybiegu. Wielka pustka tam na gorze.
Skaliscie.
Tam w dole nasz szlak, wystarczy zejsc jakies 500-1000m w dol...
Jak widac brak wegetacji. ciut nizej nic 4900m n.p.m.
Juliana
Niezwykla praca Inkow, caly szlak zwlaszcza spirale na wysokosciach robia ogromne wrazenie.
Wedlug Jukliany ruiny Inkow, ale kto wie? Wygladaly na stare:)
Lama czy alpaka?
Kapelusz moze sluzyc za szklaneczke.
:-)
Juliana podczas trzeciego odpoczynku wcina liscie koki.
Juliana w swoim kamiennym domku, w czesci kuchennej.


Podworko Juliany.
Test autowyzwalacza nr 2.
Mati z Mimo i Juliana. Juliana w nowej bluzie od Matiego.
Juliana robi nam zdjecie.
Usmiech przezuwacza lisci koki.
Czasem pamietalismy o rozciaganiu.
Most wiszacy. Miejscowosc Challapampa.
Siostrzenica Juliany - Paulina z dziecimi i kuzynem.

Paulina z coreczka.

Po drodze napotkalismy poziomki.
I marchewki...
Widok z roslinnoscia i profilem w skale. Profil o wielkim nosie.
Miejsce pierwszej kapieli.
Tuz po. Woda czysta ale bardzo zimna.
 
Drugi poranek.
Prosiaczek Marii, siostry Juliany.
Maria.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza