środa, 16 czerwca 2010

Nowy tydzień, nowe siły :)

Paniedjelnik.
Wczorajsza niedziela regularnie na rynku. Miotła, warzywa i owoce dotarły bez szwanku. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że nasz sympatyczny sąsiad Guillermo, mieszka z 4 miesięczną córeczką Clarą i jej mamą Giselą. Przeprowadzili się do Vale do Capao miesiąc temu. Gisela przyszła po nas ok 15 i tak spędziliśmy u nich miłe popołudnie, jedząc nową wersję kuskusa (z mąki kukurydzianej) i spacerując po ogromnej działce przynależącej do wynajmowanego domu. Wróciliśmy do siebie, ugotowaliśmy zupy, manioka (taki dlugi korzen biały), zrobiłam sałatkę i tym razem do nas przyszli znajomi. Sandra, Jean i Caina oraz Gui sam, Gisela została ze śpiącą Clarą. 6 osób je u nas w domu naraz w komfortowych warunkach. Po kolacji padłam o 21 umówiona na dziś rano z Gui i Gi na wspólną wyprawę do Palmeiras.
I tak udało się, na 9 dotarliśmy podwiezieni pod drzwi laboratorium, gdzie oddaliśmy wszelkie potrzebne próbki (które nie wiem jakim szczęściem mogłam pobrać rano!) Po badaniach, śniadanie, wszyscy 4. Clara cycek, my papaja i nagle wchodzi skromna osóbka z pudełkiem w ręku. Sprzedaje lokalne smażone ciasto w kształcie łzy lub kulki. Łza z kurczakiem i kukurydzą, wyśmienita. Kulki z serem i szynką nikt nie spróbował, więc nie wiem, ale ta smażona łza to był dosłownie jakiś odlot. Ciasto jest chyba z mąki z manioka, więc jest przyjemnie spójne i w środku ten farsz. Ja już porzuciłam dietę i wszystko mi się powoli reguluje, ale jestem słaba, więc wolałam zrobić badania.
Krótki spacer po Palmeiras (z udaną próbą odnalezienia sprzedawczyni cudnych łez, która sprzedała już wszystko w szkole podczas przerwy...), zakupy i powrót na mostek, gdzie po godzinie bez ani jednego samochodu jadącego do Vale wsiedliśmy do autobusu za 6R$. Transport w Brazylii jest drogi.
W domu wymarzone spaghetti a la pomodore ze świeżą pietruszką zamiast sera. Pycha. Polecam.
Zapomniałabym! Wczoraj po zakupach zajrzałam na internet i znalazłam 3 listy, od mamy, Arlety i Magdy, za które gorąco dziękuję. Bardzo potrzebowałam ciepłych i serdecznych słów.
Staję powoli na nogach, a dnie pełniejsze są sensu i chęci.

Środa.
Wtorek zaczęliśmy spacerem z Gui na kamień. Tuż po wstaniu. Zjedliśmy na kamieniu owoce na śniadanie. Wróciliśmy, odpoczęłam i popołudniu wybrałam się na Danca Africana w celu uzgodnienia, że niewykorzystane zajęcia z tego miesiąca wykorzystam w przyszłym, bo jestem słaba. Nie ma problemu, ok. Postanowiłam jednak spróbować i zostałam całe 2h i czułam się o niebo lepiej po zajęciach. Wieczorem ognisko u sąsiadów. Buły grzankowane z guacamole, ziemniaki z ogniska!!! W końcu!!! I na deser banany też z ogniska, część w skórze, podobnie jak ziemniaki, część na patyku, jak kiełbaski. O rany, grilowana śląska... Ta, jakby się ktoś wybierał w odwiedziny, to paczka kabanosów, jałowcowej i śląskiej koniecznie!!!
Idę teraz to wszystko przekopiować na bloga.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza